♫ – OFF TOPIC – Wycieczka po Polsce…


 


Przybliżona trasa wyprawy …

♫ – OFF TOPIC – Wycieczka po Polsce…

Trzy zdania wstępu…

Wiosna nadeszła. Kwiaty kwitną, alergicy kupują zestawy chusteczek, a ci „zorganizowani” już planują wyjazdy wakacyjne…

Proponuję Czytelnikom małą odskocznię od dotychczasowych tematów i zapraszam wszystkich na ciekawą wycieczkę krajoznawczą – „w nieznaną Polskę”…

Wycieczka nie będzie zwyczajna, bo będziemy wędrować po Polsce roku 1847…

Więcej zdań wstępu…

Muszę się przyznać Czytelnikowi, że zaczynam wierzyć w jakiegoś Boga, Boginię czy Ducha Internetu. Bo coraz częściej na jakieś zwykłe pytanie zadane „Świętej Przeglądarce”, dostaję wrzucone na ekran komputerowy zadziwiające linki…

Tym razem otrzymałem skan roczniku „Biblioteka Warszawska pismo poświęcone naukom, sztukom i przemysłowi. Rok 1848. Tom pierwszy. Ogólnego zbioru tom XXIX
Warszawa.

W Drukarni Stanisława Strąbskiego przy ulicy Daniłowiczowskiej nr 617, w dawnej Bibliotece Załuskich. 1848.”

Jest to niewątpliwie „podróbka”, napisana i wydrukowana gdzieś, końcem XIX wieku i antydatowana wstecz. Świadczy o tym druk, język i brak urzędowej a standardowej formułki Cenzury, poza nietypowym: „Za pozwoleniem Cenzury Rządowej”.

Interesujące nas opowiadanie, jest podzielone na dwie części. Pierwsza część sprawozdania znajduje się w tomie IV z grudnia 1847 (strony 560 – 585) i jest zatytułowane: „Opis podróży po kraju odbytej przez 12 uczniów Instytutu Agronomicznego w Marymoncie, pod przewodnictwem professora Wojciecha Jastrzębowskiego, w czasie wakacji, to jest w miesiącach lipcu i sierpniu 1847 r.”.

W tomie z roku 1848 (tom pierwszy, styczeń 1848) znajdujemy na 59 stronach (strony 33 do 92), drugą część tekstu, zatytułowanego „Opis podróży po kraju odbytej przez 12 uczniów Instytutu Agronomicznego w Marymoncie, pod przewodnictwem professora Wojciecha Jastrzębowskiego, w czasie wakacji, to jest w miesiącach lipcu i sierpniu 1847 r. Dokończenie.”

Ta krajoznawcza wycieczka trwała 53 dni, zaczęła się 2 lipca i zakończyła się 25 sierpnia 1847.

Dostępne zeskanowane książki znajdują się pod poniższymi linkami:

Część I – tom IV, grudzień 1847. Strony: 560 – 585
https://books.google.pl/books?id=1-kbAQAAIAAJ&printsec=frontcover&hl=pl#v=onepage&q&f=false

Część II – tom I, styczeń 1848. Strony: 33 – 92
https://books.google.pl/books?id=keobAQAAIAAJ&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false

Autor sprawozdania: Kryspin Świerzyński

Zakładamy, że opowieść jest autentyczna. A nawet gdyby była wymyślona – powiedzmy w roku 1880 i antydatowana wstecz – musiała zawierać prawdopodobne dla Czytelnika drugiej połowy XIX wieku informacje. Wszak żyli ludzie, którzy doskonale pamiętali realia lata 1847.

Jako, że tekst jest długi i zawiera dużą ilość informacji z różnych dziedzin, postanowiłem dokonać „autorskiego skrótu literackiego”, uwspółcześniając język opisu i niektóre nazwy miejscowości. Moje domysły dotyczące niejasnych fragmentów tekstu zaznaczam kursywą. Moje podkreślenia zaznaczone pogrubioną czcionką.

W kolejnej części opiszę swoje uwagi i dostrzeżone „zdziwienia”…

Opis podróży po kraju odbytej przez 12 uczniów Instytutu Agronomicznego w Marymoncie, pod przewodnictwem professora Wojciecha Jastrzębowskiego, w czasie wakacji, to jest w miesiącach lipcu i sierpniu 1847 r.

Jako że 30 lipca skończyły się zajęcia szkolne w naszym Instytucie, w piątkowy ranek dnia 2 lipca, ruszyliśmy z Marymontu w naszą pieszą wędrówkę. Wiedząc o tym, że w kraju całym panuje niedostatek, a nieliczne karczmy nie oferują jedzenia, a tylko wódkę, wzięliśmy ze sobą prócz naszych podręcznych plecaków także jednokonną bryczkę z zapasami żywności.

Z Marymontu skierowaliśmy się na północ, w kierunku Płocka. Mijaliśmy znane nam dobrze okolice: Wawrzyszew, Mościska i Wólkę Węglową. Przedzieraliśmy się przez piaski wchodzące wydmami na orne pola i łąki. Wydmy i piaski widoczne były aż po horyzont. Piaski te były powstrzymywane przez nasadzane sosny i wierzby.

Puszcza Kampinoska okazała się pustą nazwą, wszędzie widniały resztki po ściętych drzewach. Widoczne były także ogromne pokłady torfu w opuszczonych i porzuconych kopalniach. Zidentyfikowaliśmy typowe dla okolic bagienno torfowych rośliny, które znajdowaliśmy w dużych ilościach, takie jak: wełnianka jednokłosowa (eriophorum vaginatum), żurawiny (vaccinium oxycoccos) i bagno świńskie (ledum palustre). Wszędzie nędzna i karłowata, miejscami zupełnie uschła sośnina.

We wsi Kromnowo zobaczyliśmy w ogrodzie chłopskim kilka zagonów łubienia białego (lupinus albus), który rósł o dziwo bardzo bujnie…

W okolicach Czerwieńska, znanego z kościoła o dwóch granitowych wieżach, zaobserwowaliśmy zadziwiającą obfitość miododajnego podbiału czerwonego (tusilago petasites). Roślina ta posiada wielkie liście, a rosnąc w kępach powstrzymuje działania wiatru, stabilizując wydmy.

Pod Wyszogrodem przeprawiliśmy się przez Wisłę. Natrafiliśmy na zupełnie inne krajobrazy. Wsie porządnie zabudowane, drogi obsadzone drzewami, ziemie zdolne do uprawy pszenicy. Miasto Wyszogród, kiedyś znane z ogrodów i winnic, teraz znacznie podupadło i jest zamieszkiwane niemal wyłącznie przez żydów.

Zbliżając się do Płocka, widzieliśmy znów zapiaszczone gleby na pagórkowatych i bezleśnych terenach. Miasto Płock położone wśród gliniastych ziem, leży w korzystnym miejscu do handlu.

Znajduje się tam piękny i starożytny kościół katedralny. Na jego granitowych ścianach znaleźliśmy rośliny żyjące tylko na starych murach (śledzionka i ruta murowa – asplenium ruta muraria). W kościele nagrobki Władysława Hermana i jego syna Bolesława Krzywoustego, wystawione przez biskupa i mieszkańców w roku 1825, czyli po siedmiu wiekach od śmierci tych książąt. (Podkreślenie Autora tekstu).

Żadna bita droga nie łączy Płocka ze światem, jedynym szlakiem komunikacji jest Wisła.

We wsi Kamienica, należącej do pana S. oglądaliśmy okoliczne gospodarstwa. Grunt pszenny, niezbyt trudny do uprawy. Widać ogromne łany pszenicy i gospodarkę 8-polową – ugór z nawozem, pszenica, ziemniaki, jęczmień z koniczyną, koniczyna jednoroczna, koniczyna dwuletnia, żyto, owies.

Łąki znajdują się w zabagnionym wąwozie, ale dzięki rowom nawadniającym z pobliskiego stawu udało się zwiększyć ilość koszonego siana dwukrotnie. W tych miejscach gdzie nie da się doprowadzić wody a mech nie pozwala rosnąć trawie, posypuje się przyszłą łąkę popiołem i sieje owies.

Domy porządne, murowane, z mieszaniny gliny i słomy wyrabianej wołami.

Okolice znanego miasta Dobrzyń słyną z dobrej ziemi wśród pagórkowatej okolicy z ogromną ilością małych jezior. Miasto leży na pokładach gliny plastycznej, której towarzyszą pokłady lignitów, czyli zwęglonego drzewa. Jest też gips krystaliczny. Kiedyś lignity były wydobywane na dużą skalę, ale teraz kopalnia się zawaliła i mieszkańcy Dobrzynia sami wydobywają kawałki lignitów, używając ich na opał.

O półtorej mili od Dobrzynia znajduje się wieś Wierznica, własność pana R. Grunty pszenne, z gospodarką 12-polową (ugór gnojony, pszenica, jęczmień i owies z koniczyną, na dwóch polach sama koniczyna, pszenica, ugór gnojony, pszenica, kartofle, groch, żyto i owies).

W kolejnym majątku widzieliśmy system „pastwiskowy z rotacją”: ozimina z białą koniczyną, dwa pola z koniczyną, ugór. Jest to nowo założone gospodarstwo i właściciel liczy na to że ziemia wkrótce będzie dawać plony. Hodowli owiec i bydła rogatego jeszcze w tych okolicach nie ma…

Budowle gospodarskie dobrze urządzone, dachy „dekowane”, czyli pokryte targaną słomą.

Z Wierznicy skierowaliśmy się do Zbojna przez Dyblin, Tupadły, Lipno, Kikoł, Dabrówkę i Adamki. W Dyblinie grunty dobre. Znajdują się na warstwie margli. Liczy się że ten margiel znajdzie wkrótce zastosowanie do poprawy jakości pól ornych.

Wyżej wymienione miasteczka leżą wśród piasków i jezior. Dobra Zbojno, należące do pana S., leżą niedaleko od Wisły, pruskiej granicy i Lipna oraz Rypina. Grunty tam są ubogie, gliniaste, spoczywające na warstwie margli. Okolica pagórkowata, sporo jezior i lasów. Jeziora mało zarybione, więc nie przynoszą dużego dochodu. W lasach sosnowych ścina się drzewa 90-letnie, w brzozowych – 30-letnie.

Łąki nawadnia się poprzez system irygacyjny, rowami z okolicznych jezior. Woda na łąki wylewana jest jesienią. Pozostaje na łące do wiosny, a z nastaniem ciepła jest spuszczana. Ważny jest moment spuszczania wody z łąki. Nie może nastąpić za wcześnie, by łąkowej trawy nie zmroziły mrozy – bo wtedy nic nie rośnie. W miejscach odpowiednio nawodnionych siano się kosi trzy razy do roku. W miejscach które nie były zalane na zimę wodą rośnie tylko mech i kępy, które można wyciąć tylko piłą, a to kosztuje dużo trudu.

Inwentarz w okolicy Zbojna dorodny, zarówno konie jak i woły zaprzęgowe. Są również owce, trzoda chlewna i krowy rasy szwajcarskiej oraz żuławskiej. Jedna krowa daje rocznie czystego zysku 60 zł.

Rolnicy w tych okolicach to komornicy. Za jeden dzień pracy w tygodniu, mają mieszkanie, 1,5 morga pola, furę siana i korzec żyta. Resztę dni tygodnia się wynajmują. Zarabiają dziennie od 12 groszy (pielenie i kopanie ziemniaków) do 1 zł i 6 groszy przy koszeniu kosą. Koszenie sierpem opłacane jest 1 złotówką dziennie. Praca cepem kosztuje 18 groszy dziennie.

Grunty orne zajmują 765 morgów, podzielone są na 9 części płodozmianu: ugór gnojony i marglowany, pszenica, koniczyna czerwona, ziemniaki, owies, groch, żyto, koniczyna biała, pastwisko.

Grunty gliniaste się margluje a pola koniczyny oraz groch się gipsuje.

Margiel jak wiadomo składa się z węglanu wapnia, gliny i piasku. Wapnowanie gipsem czyni rozpuszczalną próchnicę znajdującą się w gruncie. Margiel tym się różni od gliny, że wyschnięty rozsypuje się na proszek, a polany kwasami się burzy. Marglowanie gruntów ornych przeprowadza się raz na 21 lat.

W okolicy jest gorzelnia, browar, cegielnia i piec wapienny, opalane drewnem oraz torfem.

Od Zbojna ruszyliśmy na południe, w kierunku Kujaw. Okolica pagórkowata, częściowo zalesiona. W okolicach wsi Trutowo grunty gliniaste. Na małym wzgórku klasztor Karmelitów. We wsi Wola kościółek drewniany, w stanie upadku, tak jak i okoliczne chłopskie chaty. Pomiędzy Steklinem a Osiekiem (na wprost Ciechocinka) znajdują się ogromne przestrzenie lotnych piasków. Miejscami są porośnięte bardzo już przetrzebioną sośniną.

Zbliżając się do Ciechocinka, z daleka widać było zakłady fabryczne, tężnie i kominy machin parowych.

Nie udało się nam znaleźć przeprawy przez Wisłę, więc w znoju i trudzie niebywałym przedarliśmy się przez dwie mile ogromnych wydm piaskowych. Nocleg znaleźliśmy w stodole u Niemca, który uraczył nas młodymi ziemniakami. Dom Niemca ogromny i pięknie utrzymany. Sień dzieli go na dwie części: izbę mieszkalną z kuchnią i spiżarnią, oraz na stajnię dla krów i trzody chlewnej. Zwierzęta mają swoje osobne drzwi, by wychodząc nie zanieczyszczały sieni domu. Szkoda, że nasi rolnicy nie mają tak pięknych i nowoczesnych domów!

Po drodze znaleźliśmy rzadką w Polsce roślinę, rozchodnik odgięty (sedum reflexum), która jest spotykana we Francji na skałach i murach.

Tu warto wspomnieć o soli z Ciechocinka, znanej od XI wieku. Konrad, książę mazowiecki oddając te ziemie Krzyżakom, oddał też dwie warzelnie soli. Lud tutejszy był od tej soli nazywany dawniej „Słończykami”. Po dawnych warzelniach nie ma teraz śladu. Nowe fabryki powstały po roku 1824, gdy tereny te przeszły na własność rządu.

Sól otrzymuje się tłocząc solankę pompami za pomocą maszyny parowej z trzech źródeł. Gromadzi się ją w zbiorniku. Ma ona 3 do 5% zawartości soli. Stamtąd solanka jest tłoczona na wierzch specjalnych tężni, gdzie po wielokrotnym obiegu zostaje zagęszczona do 20%. Pompy są napędzane przez wiatraki oraz maszynę parową o mocy 4 koni. Z tężni solanka jest tłoczona do „zbiornika dachowego” – głównego, skąd rurą żelazną przechodzi do trzech warzelni z podwójnymi panwiami. Każdy zbiornik panwiowy zbudowany jest z żelaznej blachy kotłowej, gdzie za pomocą pary odparowuje się wodę. Wcześniej solankę oczyszcza się za pomocą niegaszonego wapna w specjalnych kadziach. W roku 1846 wytworzono tym sposobem 50 tysięcy beczek soli o masie 2 cetnary każda, czyli 100 tysięcy cetnarów soli. Zużyto do tego 5 tysięcy sążni leśnych drewna, czyli 108 stóp sześciennych (? mój znak zapytania BK. Może to miara jednego sążnia leśnego?).

Przy produkcji powstaje „wapno gipsowe” osadzające się na tężniach, a które wyceniono tanio. Kosztuje 1 zł za korzec, a popiół, też odpad z produkcji 10 groszy za korzec. Warzelnia chętnie by sprzedawała te odpady, ale trzeba by zbadać czy nadały by się jako nawozy.

O tym, że te tereny są zasolone, świadczą znajdowane przez nas rośliny: sitowie morskie (scyrpus maritimus), glaucs maritima, triglochin maritimum i solankę (salicornia herbacea).

Zaledwie pół mili od Ciechocinka wkraczamy w zupełnie inny krajobraz. Zostawiamy za sobą piaski i lasy, wkraczamy na bezdrzewną równinę pokrytą doskonałym czarnoziemem. Są to już Kujawy, teren gęsto zaludniony. Ludność posługuje się piękną i czystą mową, mężczyźni noszą długie sukmany z kapturem na plecach. Kobiety długie czepki, na łokieć za głową wiszące. Gospodarka niezbyt rozwinięta, ale ziemia dorodna. Ziemię orzą pługami zaprzęgniętymi w 4 woły. Spotkaliśmy jaskier polny (ranunculus arvensis) i krowią rez rolną (melanphyrum arvense) – co oznacza że grunt jest tu tęgi i żyzny.

Wieś Koneck należy do Pana B. Jest pięknie położona. Dwór murowany na jednym końcu a mały drewniany kościółek na drugim końcu wsi. Pośrodku dwoma rzędami postawione chaty, tworząc szeroką na 15 łokci ulicę. Szkoda, że między chatami nie wyrosły jeszcze drzewa. Gospodarstwa trójpolowe, uprawiana jest głównie pszenica. Ze zwierząt gospodarczych są konie i woły. Mieszkańcy na łąkach kopią torf.

We wsi jest wiatrak który napędzać może młockarnię i sieczkarnię. Jest to wiatrak ze skrzydłami poziomymi. Ma ich osiem, a każde składa się z dwóch płatów, które wzdymają się lub składają się na wietrze (????). Pokazano nam też wiejską lodownię. Była druga połowa lipca a wydobyty lód nie był wcale wilgotny.

Miasteczko Radziejów zbudowane na wzgórzu, panuje nad całą okolicą, upstrzoną złotymi łanami pszenicy i zielenią łąk. Z daleka widać Gopło i resztki wieży zamku w Kruszwicy. Koło dwóch zrujnowanych, starożytnych kościołów znaleźliśmy między innymi „henopodium vulvaria v. olidum” i „Euphorbia Peplus”.

Zaraz za Piotrkowem, w kierunku długiego na 5 mil jeziora Gopło, zmienia się krajobraz. Wszędzie piaski i sosnowe lasy. Dno jeziora, do którego wpływa i wypływa rzeka Noteć, jest pełne żwiru. Polskie są jedynie 2 mile jeziora. Reszta należy do Księstwa Poznańskiego. Panuje tu ogromna drożyzna. Ceny żyta dochodzą do 64 złotych polskich – jak we wsi Noc. (Za korzec? Korzec warszawski / nowopolski to 120,6 / 128 litrów)

Dalej, aż do jeziora Sleszyno i miasteczka o tej samej nazwie – czyste piaski.
Okolice Bielszewa podobne do warszawskich Bielan. Nad brzegami jeziora znaleźliśmy łomikamień żółty (Saxifraga hirculus), gwiazdnicę (Stellaria crasifolia) i brzozę krzewinową (Betula fruticosa).

Dobra Gocławice składają się z 17 folwarków na gruntach nadających się pod żyto. Właścicielem jest hrabia K. Zarządza dobrami znajdującymi się między Koninem a Słupcą, pan F.

Łąk jest dużo koło jeziora, ale dają twarde siano. Wykonano kilka rowów osuszających i nawozi się te łąki pozostałościami z potażni oraz zwykłym piaskiem. Pastwiska są w lesie. Lasy 80-letnie, głównie sosna, czasem dąb i brzoza. Duża ilość jeleni, saren i dzików. Drogi obsadzono topolą kanadyjską, której młode gałązki i liście używa się na karmę dla owiec. Ponieważ drogi są piaszczyste, transport zboża z poszczególnych folwarków odbywa się małym statkiem po jeziorze.

Spichlerz trzypiętrowy, gorzelnia i browar uzupełniają całość majątku. W Maleńcu hoduje się 11 tysięcy owiec oraz krowy rasy krajowej. Są tam dwie gorzelnie, potażnia, olejarnia i destylarnia wódek. Ta ostatnia niedokończona z braku kredytu.

W dobrach Gocławickich rolnicy są komornikami. Dzielą się na 4, 3, i dwudniowych. Oprócz zwykłych powinności muszą oddawać do dworu cały popiół i obornik produkowany przez ich bydło, czyli woły i konie. Dwór najemnikowi płaci za dzień pracy w zimie 15 – 18 groszy, wiosną 24 grosze, a w czasie żniw 1 zł i 6 groszy. Od skoszenia morga ziemi dwór płaci 2 złote.

W majątku wprowadzono system 13-polowy, w czterech kategoriach w zależności od rodzaju gleb.
Koniczynę sieje się mieszając ją z różnymi trawami, takimi jak brzanka i rajgras francuski.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat dochód majątku wzrósł trzykrotnie. Zresztą, w całym Kaliskim widać szybki postęp. Dużo hodowli owiec i moda na budowę wielkich budowli gospodarskich.

Niestety, zapomniano o chłopach. Majątki są piękne i bogate, a klasa chłopska żyje jak w całym kraju w wielkiej biedzie. Wszyscy uważają, że przeszkodą w rozwoju dobrobytu klasy włościańskiej jest pańszczyzna. Kiedyś starano się by w majątku było jak najwięcej chłopów. Pan zgadzał się na mniejszy dochód a chłopi obrabiali panu wszystkie pola. Teraz wzrosła liczba ludności, wzrosła wycena majątków i wzrosły czynszy dzierżawne. Dlatego teraz i panowie nie są bogaci a chłopi są nadal biedni. W nowoczesnych gospodarstwach wyrzeczono się pańszczyzny.

Idąc z Gocławic, pod Morzysławiem przeprawiliśmy się przez Wartę i łąkami zeszliśmy do Brzeźna. Widać tam formacje gliny plastycznej oraz warstwy lignitów, wyraźniejsze niż pod Dobrzyniem. Można wyraźnie rozróżnić słoje drzewa. Widać wystające z ziemi całe pnie nie do końca zwęglone. Zamiast gipsu jak w Dobrzyniu, lignitowi towarzyszy biały piaskowiec. Materiał doskonały do budowy, bo łupie się warstwowo.

Koniec części I str 585. Część II.

Niedaleko Brzeźna wspięliśmy się na znaczne wzgórze, zwane „Złotą Górą”. Wejście było mozolne, wierzchołek całkowicie zarośnięty drzewami. Prócz kamieni wapiennych nie znaleźliśmy tam legendarnych skarbów o których mówi lud. Znaleźliśmy tam porost rosnący na dębach – płucnik (Lichen pulmonarius) – dobre lekarstwo przy chorobach płuc. W zagajnikach rośnie w dużych ilościach włóczęga zrównana i widłak spłaszczony (Lycopodium complanatum) – który zbierany zaraz po zejściu śniegu, doskonale farbuje wełnę na żółty kolor. Schodząc ze Złotej Góry widzieliśmy od strony południowej las całkowicie wycięty pod nowe pola orne. To dowód na brak przewidywania. Wiadomo jest przecież, że tam gdzie wykarczuje się las i zaorze to miejsce w zagony, zaraz zaczyna się wydobywać żółty piasek, który zaczyna zasypywać sąsiednie pola w całej okolicy!

Na krótko zatrzymaliśmy się się w miasteczku Tuliszkowo, które należy do pana Z. Widzieliśmy piękne zabudowania dworskie, całkowicie murowane. Duży ogród angielski ze sporą ilością zagranicznych drzew i krzewów. Gospodarstwo rolne dopiero jest organizowane, to znaczy mają przejść z tradycyjnego systemu trójpolowego na wielopolowy, czyli lepszy.

Zbiera się tam chaber (Centauren scabiosa), który porżnięty na sieczkę służy jako karma dla wołów opasowych. Z kolei bez koralowy (Sambucus racemosa) służy jako karma dla indyków. Część piaskowej wydmy znajdującej się koło miasteczka ustalono i zatrzymano wysadzoną brzeziną, która pięknie się udała, wynagradzając poniesiony trud.

Zmierzając w kierunku Kalisza, przeszliśmy przez wsie Dzierzbin, Mycielin i Kościelec – wszystkie porządnie zbudowane. Pola coraz lepsze, sporo lasów. Przy drodze rośnie koniczyna poziomkowa (Trifolium fragiferum).

Dwie mile od Kalisza znajduje się wieś Złotniki, własność pana R. Grunty wyborne, plony obfite. Jarzyna, czyli owies wyrósł tak dorodny, że wcześniej nie udało nam się takiego widzieć, no chyba że we wsi Jabłoń, w Podlaskiem. Dwór ładny, wokół ogród angielski. Zabudowania porządne, widać że drewna mają w bród. Było rasy krajowej, za podściółkę służy materiał z lasu.

W tym majątku, podobnie jak w następnym, Goliszynie, w zależności od rodzaju gleby płodozmian był czteropolowy lub nawet 13-polowy – przy bardzo dobrej glebie. Na gruncie „jęczmiennym” była na ogół 5-polówka.

Uwaga. W skanie brakuje stron 36 i 37, istnieją podwójne strony 38 i 39.

W okolicach Goliszyna uprawiano bób koński (faba minor). Otrzymywano z niego pożywną mąkę, a nacią skarmiano bydło. Widzieliśmy uprawę tego bobu na polu – wyrósł więcej jak na dwa łokcie.

Idąc przez Złotniki i Skarszew, dotarliśmy do Kalisza. To starożytne, fabryczne miasto, położone jest na trzech wyspach w dolinie Prosny. Posiada kilka mostów, w tym jeden murowany. Nurt Prosny napędza maszyny fabryki sukna Rephana i wiele młynów.

Po drodze spotykamy stada owiec. Zmierzaliśmy do Wielunia przez Marchwacz, Reformę, miasteczko Błaszki, Kobierzycko, Wróblew, miasteczko Złoczew, Wole Rudlicką, Niedźwiedź i Czarnożyły. Okolice o bardzo różnych glebach, wsie i miasteczka dobrze pobudowane, przy drogach trafiają się drzewa owocowe, a w lasach często świerki, jodły i buki.

Łąki bardzo błotniste, miejscami ledwo pies za kaczką mógł się ledwie dostać. Na łąkach widać wszędzie różne urządzenia irygacyjne. Podczas naszej podróży bardzo często widzieliśmy rowy główne i pomniejsze, wybudowane wielkim kosztem, lecz nie spełniające swojej roli z uwagi na złą niwelację. To że woda nie chce tymi rowami spływać, naszą to jest winą, gdyż nie staramy się szkolić odpowiednich fachowców, ale korzystamy z tymczasowej pomocy przejezdnych cudzoziemców. Ci przejezdni nie poczuwają się do żadnej odpowiedzialności, bo dziś są tutaj a za parę tygodni już o kilkadziesiąt mil dalej. Nie jest więc dziwną sprawą to, że ludzie boją się irygacji, gdyż nie ma pewności czy zwróci się poniesiony koszt.

Rozwiązaniem mogły by się stać umowy z irygatorem, na przykładzie takiej jaką widzieliśmy w Opatówku. Meliorant zobowiązuje się na własny koszt urządzić łąkę na zabagnionym terenie. Właściciel zobowiązuje się dać drzewo i żelazo na budowę mostków oraz śluz. Meliorant (irygator), ma przez osiem lat czuwać nad łąką, odpowiednio ją nawadniać, mając do pomocy dwóch ludzi oddanych do pomocy przez właściciela. Cała łąka ma być urządzona w ciągu trzech lat, a przez kolejne pięć lat meliorant ma dostarczać właścicielowi z powierzchni morgi magdeburskiej 20 cetnarów siana. Nadwyżka jest dzielona na połowy. Jedna połowa należy się właścicielowi, a druga połowa należy do melioranta. Właściciel zobowiązany jest odkupić od melioranta to siano, płacąc 3 złote za centar (cetnar?).

Na łąkach tak urządzonych, jak widzieliśmy, w lipcu koszono drugi raz siano. Zaraz po skoszeniu przez śluzy zalewa się łąkę wodą. Już po 15 minutach woda zalewa łąkę. Jednak dłużej jak kilka godzin wody tej na łące się nie zostawia. W rok suchy zalewa się łąkę 3 razy na tydzień, a w rok wilgotny tylko raz tygodniowo, wtedy gdy upał trwa do wieczora.

Miasto Wieluń założone jeszcze w XIII wieku, leży w żyznej okolicy, na formacji wapienia jurajskiego, takiej samej jak w okolicach Krakowa. Miasto porządnie zabudowane z wieloma murowanymi domami, ma kilka kościołów, piękny szpital miłosierdzia przerobiony z dawnego zamku. Zaraz za miastem znajdują się kamieniołomy, gdzie kopią skały wapienne i łupią te kamienie. Przerabiają urobek albo na wapno albo używają jako budulec. W skałach bardzo często trafiają się amonity, które lud nazywa „wężami zaklętymi”.

W lasach pomiędzy Wieluniem a Praszką widzieliśmy mnóstwo szczodrzenicy czarnej (Citisus nigricans), rośliny pożądanej na pastwiskach. Rośnie bardzo bujnie a bydło chętnie je przegryza.

Miasteczko Praszka, wraz z przyległymi folwarkami, należy do pana P. Posiada grunty różnych klas, z głęboką warstwą górną, położona na nieprzepuszczalnej warstwie gliny. Stosuje się tam od 5-cio do 11-polówki.

Z powodu dużej wilgoci w glebie, orzą ją w zagony. Buraki sadzą albo na świeżym gnoju, albo po zbiorze kartofli. Żyto sieje się na polu nawożonym igłami sosnowymi z lasu. Udaje się wyśmienicie! Na paszę sieją sporek, proso i kukurydzę. W miejscu gdzie kiedyś leżały kości koło cukrowni, posadzono ziemniaki, które wybornie się udały. Zwierzęta – głównie bydło i owce. Istnieje fabryka cukru, gdzie cukier otrzymuje się drogą wymoczenia czyli maceracji, według sposobu opisanego w naszej prasie w roku 1844. Fabryka zatrudnia 70 pracowników.

W wyżej wspomnianych dobrach pod Praszką, znajdują się kopalnie rudy żelaznej i piaskowca żelazistego. Jest to ruda „ilasto bochenkowa”, ma kolor płowy i jest jedną z najlepszych rud żelaza w kraju. W rudzie tej jest mnóstwo skamieniałości, przede wszystkim amonitów, które wydobyte na powietrze zwykle pękają, więc rzadko można zobaczyć je w całości. Pokłady rudy znajdują się w tłustym ile, tak jałowym, że żadna roślina na nim nie wyrośnie. Kopalnie tej rudy przynoszą właścicielowi znaczny zysk, podobno 11 tysięcy złotych rocznie bez ruszania palcem. Po rudę przyjeżdżają mieszkańcy Śląska. Sami ją wydobywają, płacąc właścicielowi 17 złotych od sześciennego sążnia urobku. Z piaskowca żelazistego buduje się domy – kilkanaście takich domów zostało zbudowanych w Praszce.

Minąwszy Rudniki, Jaworzno i Pustkowie, zatrzymaliśmy się w majątku Parzymiechy, należącego do pana W. W karczmie tam się znajdującej doradziliśmy karczmarzowi, którego dziecko chorowało na długotrwała biegunkę, by jako lekarstwo zastosowano korzeń kurzego ziela – Tormentilla erecta. Już na drugi dzień po wypiciu odwaru, dziecko poczuło się lepiej.

Z Parzymiech zdążaliśmy do Częstochowy przez miasteczko Krzepice nad Liszwarą, oraz wsie: Kuków, Kostrzynię, Panki, Truskolasy i Pustkowie. Okolice pagórkowate na gruntach gliniastych. Koło Kostrzyni duże wydobycie rudy żelaznej bochenkowatej. Na stawie w tej wsi znaleźliśmy orzechy wodne (trapa natans), spożywane przez tamtejszych mieszkańców. Chłopki noszą na głowach kapelusze wełniane z ogromnymi i prostymi skrzydłami i niską główką, fartuch zawieszają zaś na ramionach.

W Pankach widzieliśmy wielki piec i fryszerkę, czyli fabryki produkujące z rudy żelazo kute, powszechnie używane.

Proces produkcji zaczynał się od wyprażenia rudy, dzięki czemu pozbywano się wilgoci oraz nadmiaru siarki i węgla. Odbywa się to w piecu rusztowym, takim w jakim się wypala wapno, mającym kształt odwróconego ostrosłupa. Wyprażona ruda nabiera rudej barwy. Następnie w piecu, zwanym „wielkim” wytapia się tak zwaną surówkę. Ruda w wielkim piecu jest mieszana z węglem i topnikiem czyli kamieniem wapiennym. Surówkę można odlewać w postaci kul i innych przedmiotów. Odlewa się z niej też szerokie sztaby, czyli „gęsi”, które przechodzą do fryszerki. Podczas naszego pobytu, wielki piec był remontowany. Powietrza do pieca dostarczają miechy poruszane rzeczką Liszwartą. Tamtejsza fryszerka posiada jeden młot i jedno ognisko. Ognisko typowe, w kształcie pieca kowalskiego, tyle że w środku posiadało dół wyłożony taflami żelaznymi. Dzięki silnemu nadmuchowi, topi się gęsi wraz z węglem. Następnie kuje się młotem ważącym 5 centarów, dzięki czemu pozbywa się zanieczyszczeń. Takie rozgrzewanie i kucie następuje wielokrotnie. Otrzymuje się sztaby żelaza znane nam powszechnie z handlu. Siedem centarów surówki daje zwykle 5 centarów żelaza sztabowego.

Zaraz za Truskolasami ujrzeliśmy wierzchołek wieży Jasnej Góry. Mnóstwo ludzi przychodzi do świątyni Boskiej Matki: z Czech, Moraw, Galicji, Śląska, Warmii, Ziemi Chełmińskiej i Poznańskiej. Zostaliśmy w Częstochowie do południa dnia kolejnego. Zwiedziliśmy świątynię, skarbiec i podziwialiśmy widoki z wieży. Widać było krajobraz porżnięty biegiem rzeki Warty, miasteczka: Starą i Nową Częstochowę, a także Krakowskie z ruinami zamku w Olsztynie. Widać było jadący pociąg kolei żelaznej…

Z Częstochowy udaliśmy się w piękne, krakowskie okolice, zmierzając do Olsztyna. Są tu nie tylko cudowne krajobrazy, ale i doskonałe gleby – takie jak w proszowskiem, skalbmierskiem i miechowskiem. Dużo lasów, choć znacznie zniszczonych.

Jednak mimo cudownych widoków i bogactw mineralnych bieda jest w krakowskim ogromna. Drogi nieprzejezdne, mieszkańcy niezwykle biedni, palą w piecach suszonym gnojem. Grunta żyzne, zarosłe chwastami. Na wsiach przeważają kurne chaty, rzadko który rolnik posiada parę koni czy wołów. Mieszkańcy wsi zagłuszają smutną teraźniejszość wódką pitą po karczmach.

Miasto Olsztyn, które podobno założyli Niemcy, teraz niczym nie różni się od wsi. Dookoła pełno skał wapiennych, porosłych krzakami i drzewami: bukiem i świerkiem. Tuż przy miasteczku ruiny zamku kazimierzowskiego. Widać dwie wieże (okrągłą i czworoboczną) i rozwalone kawałki murów. Na okolicznych skałach znaleźliśmy rośliny takie jak: rojnik (Samper vivum hirtum), marzanka (Asperula cynanchica), gorczycznik (Erysimum hieracifolium), koniczyna długokłosowa (Trifolium rubens), saxifraga aizoon, tenerum botris…

Lasy okoliczne bukowo-świerkowo-sosnowe. Bardzo często spotyka się krzewy: bez koralowy (Sambucus racemosa), porzyczka górna (Ribes alpinum), suchokrzew (Lonicera xylosteum)…

W wsi Kasowo znaleźliśmy dziko rosnąca kłokoczkę (Staphilea pinnata), która jest często widoczna w chłopskich ogródkach. Bardzo rozrasta się w zbożu i między płotami bez hebt (sambucus ebulus).

We wsi Suliszewice skierowano nas do Złotego Potoku, polecając widoki ze starożytnego zamku zwanego Ostrężnik. Skałę na której miał kiedyś stać ten zamek zwiedziliśmy.

Potem wędrowaliśmy przepiękną i niezwykle bogatą w różnorodną roślinność doliną Złotego Potoku. Są tam buki, klony, jawory, jodły, świerki i sosny. Pnący się bluszcz, bez koralowy i suchodrzew. Nad bijącym z ziemi potokiem (tak silnie, że piasek się do góry unosi), znaleźliśmy w wielkiej obfitości rzeżuchę gorzką (cardamine amara), która stała się dla nas bardzo orzeźwiającą i pożywną potrawą. Koło młyna w Kołaczowie widoki są rozleglejsze, a przed wsią Złoty Potok cała dolina rozdwaja się na dwie części. W Złotym Potoku piękne zabudowania, dwie fabryki: gorzelnia i fryszerka. Majątek podobno był pierwszą rodową siedzibą Potockich. System rolny: płodozmian z rotacją trójpolową.

W budynku folwarku połowę zajmowali ludzie a połowę cielęta. Nocowaliśmy w karczmie, a że w całej wsi nie było nawet garści słomy, spaliśmy na ziemi z wilgotnej, ubitej gliny. We wspólnej tej karczemnej izbie hałasowały kaczki, które miały w rogu swoją kałużę.

Nazajutrz ruszyliśmy do Trzebniowa idąc przez piękny lasek bukowy. Grunty żyzne, w łożyskach potoków piaszczyste. Sam Trzebniów jest wiejską osadą należącą do majątku Ludwinowiec, należącego do pana M. W majątku pozakładane szkółki dębiny a do otrzymywania nasion z szyszek drzew iglastych zbudowano słoneczne suszarnie. Sadzonkami obsadzane są należące do majątku lasy. Pokazano nam 22-letni, młody las modrzewiowy, powstały ze sztucznego obsiewu.

Widzieliśmy też piękny ogród warzywno-owocowy, powstały na piasku, na którym rosła kiedyś jedynie kozia bródka (Aira canescens). Dziś jest tam i cebula i selery i drzewa owocowe. Także maliny, porzeczki i agrest.

A ogród ten powstawał przez osiem lat. W pierwszym roku nawieziono trzycalową warstwę gliny, którą zaorano i obsiano owsem. W drugim roku nawieziono gnojem bydlęcym i posadzono ziemniaki. W kolejnym roku nawieziono próchnem ze zbutwiałych buków i dębów, po czym zasiano jęczmień. W czwartym roku przed zimą zaorano, nawieziono gnojem, a wiosną posadzono ziemniaki. W kolejnym roku znów nawieziono gliny, a w kolejnych dwóch latach powtórzono uprzednie działania. Dopiero w ósmym roku posadzono drzewa owocowe i założono ogród.

Z Ludwinowa udaliśmy się do Postaszewic, skąd przez Niegowę koło Mirowa dotarliśmy do Bobolic. W Niegowej znajdują się kopalnie kamienia wapiennego, z którego wypalają doskonałe wapno.

W Mirowie i Bobolicach znajdują się ruiny zamków Kazimierza Wielkiego, zbudowane z wapienia

W miasteczku Pilica, położonym w gliniastej dolinie przy źródłach rzeczki Pilicy, znajdują się trzy kościoły, w tym jeden bardzo stary, modrzewiowy. Są tam ruiny dawnego zamku, już teraz zamku nie przypominające. Pół mili dalej znajduje się Smoleń, sławny z kiedyś niezdobytego zamku. Dzięki drabinie wspięliśmy się na sam szczyt ruin, skąd widać było Chęciny i nawet Babią Górę.

Ze Smolenia kierowaliśmy się do Dąbrowy, przez Złożeniec, Ryczów, miasteczko Ogrodzieniec, wsie Niegowonice, Łosień i Strzemięszyce. Ogrodzieniec sławny jest z ruin dawnego zamku Bonarów, dzierżawców dawnych kopalni olkuskich. Zamek ma najwyżej 300 lat, o czym mówi stosowna tablica oraz resztki malunków i sztukaterii znajdujących się wewnątrz. /?????/

Od Niegowonic rozpoczyna się ogromna przestrzeń lotnych, białych piasków, ciągnąca się daleko za Rabsztyn.

W Strzemięszycach jest jest kopalnia galmanu / ruda cynku/ oraz płuczka oddzielająca rudę od ziemi. Wszędzie dużo zniszczonych lasów – jodła, świerk i sosna. Drogi – fatalne, szczególnie koło Pilicy. Po małym deszczu woda tworzy doły i wyboje.

Z roślin, dostrzegliśmy krzywoszyj czarny (Cerinthe minor), groszek leśny (Lathyrus silvaticus) i czarny korzeń (Actaea spicata).

Dąbrowa jest stolicą zachodniego okręgu polskiego górnictwa. Leży o pół mili od Będzina, a o milę od granicy ze Śląskiem. Jest to typowa osada górnicza, znajduje się tam jedynie kilkaset białych domków górniczych i ogromne gmachy hut. Wszystkich przyciąga w to miejsce węgiel kamienny. W kopalniach zatrudnia się kilkuset pracowników. Dzięki temu kamiennemu węglowi, poruszają się maszyny parowe w fabrykach wytwarzających żelazo. Jest tam wielki piec, walcownie, huty cynku i pudlingi.

Zwiedziliśmy dwie największe kopalnie węgla: „Ksawery” oraz „Redan”. Ta druga kopalnia powstała po przypadkowym odkryciu węgla przez osoby wypasające bydło w roku 1785, a otrzymała nazwę od ówczesnego dyrektora królewsko-pruskiego górnictwa, Redena.

Z tej racji, że stare, olkuskie kopalnie węgla są teraz nieczynne bo zalane wodą, te dwie kopalnie są jedynymi takimi, dobrze urządzonymi kopalniami w kraju. Szyby są głębokie na 20 – 30 sążni (35 – 50 metrów). Kopalnia „Ksawery” ma jeden główny szyb, „Reden” ma dwa szyby do wyciągania węgla. Nad jednym z szybów znajduje się maszyna parowa do wyciągania węgla. Poziome chodniki są wyłożone szynami żelaznymi po których są przepychane przez górników czterokołowe wózki z węglem. Górnicy posiadają palące się lampki i oskardy. Czasem skały wysadza się prochem. W miarę postępu prac w chodniku, sufit podpiera się okrąglakami drewnianymi. Jeżeli wyrobi się dane pole węgla, następuje tak zwany „rabunek”. Należy z tego miejsca wybrać a raczej wyrwać zamocowane tam drewno. Rabunek mają obowiązek wykonać ci co instalowali te umocnienia. Jest to bardzo niebezpieczna praca.

W kopalni „Reden” byliśmy w jej najgłębszym miejscu, czyli tam gdzie zbiera się woda i skąd maszyna parowa wypompowywuje wodę na zewnątrz kopalni. Wydobywa się węgiel kostkowy, czyli twardy, oraz łupkowy i smołowy.

Węgiel zużywają pobliskie huty żelaza i cynku. Kopalnie liczą na zwiększenie wydobycia po doprowadzeniu w ten rejon kolei żelaznej. Kopania „Ksawery” jest połączona z zakładami w Dąbrowie kilkukilometrowym torem po którym konie ciągną wagony. Węgiel z tej kopalni jest dodatkowo wypalany, czyli koksowany, by wypalić siarkę i części smoliste. Taki przepalony węgiel nie skleja się w piecach i daje bardzo mocny żar.

O wydajności węgla koksowanego niech świadczy to, że opalany nim wielki piec daje żelazo już po 12 godzinach. A taki sam piec opalany zwyczajnym węglem drzewnym potrzebuje 24 godzin na uzyskanie żelaza.
Koksowanie odbywa się w kopcach pod gołym niebem, tak jak to się czyni przy uzyskiwaniu węgla drzewnego. Z tym, że kopce te są niższe i o większej podstawie w porównaniu z tradycyjnymi mielerzami.

/Brakuje stron 56 – 57. Prawdopodobnie chodzi o pierwsze szyny żeliwne które zostały wyprodukowane „na wzór angielskich”, a które przewyższają jakością pierwowzór z Anglii – „a przecież są to pierwsze próby”./

Cynk produkowany jest w piecach zwanych muflami – glinianych naczyniach o kształcie półwalca. Wypłukaną i wyprażoną rudę cynku (galman), miesza się z koksem i nabija do poziomych mufli przez które przepycha się siąg powietrza. Płomień rozgrzewa mufle a cynk osadza się w szyi zbieralnika mufli. Tak otrzymany cynk jest potem powtórnie przetapiany w tablice czyli „cegiełki”.

Z Dąbrowy ruszyliśmy przez Sławków i Olkusz do Doliny Ojcowskiej. Miasteczko Sławków na Białą Przemszą słynne jest z walcowni blachy żelaznej i cynkowej. Produkcja jest bardzo prosta: kawałek rozpalonego żelaza lub cynku formuje się w blachy w dwóch walcach poruszanych za pomocą wody sprowadzanej z rzeki kanałem.

Olkusz znany jest od wieków dzięki znajdującym się tam wielkim kopalniom. Obecnie te wielkie kopalnie, które podobno były na milę głębokie, są całkowicie zalane wodą. Kiedyś podobno dostarczały do 6 tysięcy grzywien srebra. Próbowano osuszyć te kopalnie. Jednak napływ wody jest tak wielki, że największe maszyny parowe nie są w stanie wypompować tej wody. Na niewielką skalę wydobywa się tam teraz ołów, galman oraz piaskowiec gruboziarnisty, służący do budowy domów i dróg.

Następnie przeszliśmy cudowną Dolinę Prądnika, zwiedzając okolice Ojcowa, Grodziska i Pieskowej Skały. Wartki Prądnik porusza znajdujące się w dolinie koła młynów, tartaków i papierni.
Zwiedziliśmy zamek w Pieskowej Skale, założony w roku 1582 przez Stanisława Szafrańca, jest jedynym zamkiem w kraju jaki przetrwał w stanie starożytnym. Niedaleko od zamku znajduje się skała Sokoła, inaczej zwana Maczugą Krakusa /obecnie ”Maczuga Herkulesa”/. Uczeni są zgodni, że wąski u spodu kształt skały, świadczy o uformowaniu jej kształtu przez morze które kiedyś zalało powierzchnię całej Ziemi.

Z góry Chełm podziwialiśmy ostre szczyty Tatr, odległe o 17 mil. /???/

Lasy tamtejsze składają się buków, jodeł a także klonów, grabów, świerków, jaworów i lipy wielkolistnej. Widzieliśmy nadzwyczaj bogatą roślinność: kilka rodzajów paproci, brzozę ojcowską (Betula ojcoviensis Bess.) i wiele innych rzadkich roślin.

Przed Krakowem spotkały nas trzydniowe, ciągłe deszcze. Po deszczu poczerniały ziemniaki, co spowodowała zarazę jaka czasem powoduje już w lipcu czy sierpniu gnicie ziemniaków. Jako środek zaradczy odcina się gnijąca nać lub próbuje ją gipsować.

W Ojcowie zwiedziliśmy jedną z dwóch znajdujących się tam papierni. Szmaty najpierw się sieka lub kroi, potem młotami poruszanymi wodą tłucze w stępach. Następnie miele się w młynie z dodatkiem wody. Po wielokrotnym wymieszaniu od której zależy jakość wyrobu końcowego, czerpie się tę masę za pomocą ramy ze specjalnym sitem. Po odcieknięciu wody, masę z ramy przekłada się suknem, mocno wyciska i następnie suszy.

Dolinę Ojcowską opuściliśmy 1 sierpnia 1847 i skierowaliśmy się ku Górom Świętokrzyskim w sandomierskim.

Pomiędzy miasteczkiem Słomniki nad Śreniawą a Miechowem, widzieliśmy na żyznych gruntach gliniastych ogromne łany owsa jednostronnego węgierskiego.

Starożytne miasto Miechów ozdobione ogromnym i dawnym klasztorem braci Miechowitów. Lud przebrany po krakowsku, na rynku widzieliśmy kilkanaście czerwonych czapek. Okolice Miechowa i Skalbmierza nad rzeczką Nidzicą, posiadają jedne z najbardziej żyznych gruntów w kraju. Wierzchnia warstwa gliniasta ale żyzna. Pod nią pokłady kredowe. Z roślin, znajdowaliśmy adonis (esperceta dzika), co oznacza obecność w glebie wapna. Tutejsi gospodarze nazywają te gleby rędzinami. Ogromne łany pszenicy nie są wcale rzadkością. W ogródkach warzywnych wiele chwastów, co świadczy o niedbałej uprawie.

We wsi Marchocice widzieliśmy zbierany drugi pokos koniczyny. Bujny jej rozwój dokonał się dzięki gipsowaniu. Koło wsi Głupczowie znajdują się znaczne pokłady gipsu o budowie blaszkowej. Przed rozsypaniem na polach jest on tłuczony siekierami, potem mielony.

We wsiach widać dotkliwy brak drewna, chaty dymne z małymi okieneczkami. Trudno zrozumieć, jak można żyć w dymie niemal bez światła. Drogi w fatalnym stanie. Przebyliśmy wsie Sokolniki, Kobylniki, Probołowice, Pełczyska, Złotą i zatrzymaliśmy się w Czarkowach. Pełczyska posiadają ogromne pokłady marglu kredowego, formującego całe wzgórza. Wygląda na dobry materiał budowlany, ale pod wpływem wilgoci pęka i kruszy się. Z tego materiału zbudowano dwie tamy na rzece Nida koło Krzyżanowic. Dlatego też podczas powodzi tamy te pękły w rok od ukończenia, tak że teraz po tamach nie zostało śladu.

Wieś Złota już z daleka odznacza się porządnymi zabudowaniami i obsadzonymi drzewami drogami. Stosuje się tam płodozmian. Wieś posiada też kawałek lasu, co jest wielką rzadkością w tamtych okolicach.

Dobra Czarkowy, należące do księcia R. (1 mila od Wiślicy), pod względem gospodarczym należą do wzorowych nie tylko w krakowskim ale i w całym kraju. Dobra leżą po obu stronach Nidy i składają się z 8 folwarków. Z jednej strony rzeki gleby są gliniaste na warstwie przepuszczającej. Nie są trudne do uprawy. Na drugim brzegu ziemie piaszczyste, iłowate i rędzinowe. Siana mają dużo, z łąk nad rzeką Nidą. Jako rośliny pastewne uprawia się koniczynę i espercetę. Ta ostatnia ma tę zaletę, że szybko schnie. Koniczynę gipsuje się wypalonym gipsem. Ogromny brak drzewa, chłopi na opał używają suszonego gnoju, co jest szczególnie uciążliwe i niezdrowe w kurnych chatach. Stodoły mają tam na sochach / palach?/, ściany do połowy są z bali drewnianych a od połowy z chrustu. Ten sposób budowy nie wymaga wiele materiału, a jeżeli jest dach dobrze zrobiony to zboże dobrze się przechowuje i nie wilgotnieje.

Jest tam gorzelnia i browar. W okolicy jest jedyna w kraju kopalnia i fabryka siarki. Pracuje tam wiele osób, a fabryka daje roczny zysk 18 tysięcy złotych. Wodę z kopalni wyciąga 6 pomp napędzanych siłą koni. Myśli się o zastosowaniu maszyny parowej, bo koniom szkodzi tamtejsze powietrze – szybko chudną i „niszczeją”. Siarkę otrzymuje się przez prażenie rudy w walcach żelaznych, poziomych. Potem ponownie praży się ją w walcach pionowych. Jako produkt uboczny powstaje rodzaj kamienia gipsowego, bardzo poszukiwanego w budownictwie, w tych pozbawionych lasów okolicach. Hoduje się w okolicy owce – jest ich 6 tysięcy. Krów niewiele, rasy tyrolskiej i żuławskiej. Przy gorzelni utrzymują na wypasie woły.

W folwarku Czarkowy – 9-polówka, w folwarku Krzszczonów – 10-polówka. Na gruntach piaszczystych system pastwiskowy z rotacją (4 polowy).

Do uprawy gruntów (orania) stosuje się pługi dwojga rodzajów: „dłubaków” – powszechnie nam znanych w całym kraju i „rodaków” – które wyrabia się z drzewa w którym płoza jest naturalnie spojona z nogą pługu. Zwykle noga jest gałęzią a płoza zrobiona z pnia drzewa. Te pługi rodaki doskonale się nadają do orania na glebach ciężkich i tęgich.

Z Czarków dotarliśmy do starożytnego miasta nad Nidą, Wiślicy. Miasto znane z kościoła wybudowanego przez Kazimierza Wielkiego, obecnie bardzo podupadło i zamieszkują go żydzi. Kościół zapieczętowano bo zaczął się już rozwalać.

Zaraz za Wiślicą, zmierzając do miejscowości Busko dopadł nas deszcz, a że grunty tamtejsze gliniaste i tłuste, nie mogliśmy nadążyć by strząsać z nóg błoto przylepiające się nam na drodze do butów. Chyba po kilkanaście funtów przylepiało nam się do każdej nogi. Na szczęście dalej był piasek po którym nie było widać że cokolwiek padało. W okolicach Wiślicy i Skorocic idzie się po pokładach gipsu blaszkowego. Czasem gips formuje całe skały.

Miasto Busko, słynne z wód mineralnych, dziś przyozdobione jest okazałą budowlą łazienek. W okolicach znaleźliśmy Caucalis daucoides, krwawnik szlachetny (Achillea nobilis), Sicio sangulata.

Zmierzając do Gór Świętokrzyskich, przeszliśmy przez wsie: Mikołowice, Bożyków, Szuszczyce, Gnojno, Drugnię, Papiernię, Smyków i Cisów.

Gnojno leży na pokładach trzeciorzędowych, czyli na wapieniu i piaskowcu pińczowskim. Skał tych używają do budowy, gdyż charakteryzują się dużą wytrzymałością. Wapień ten zawiera mnóstwo muszelek różnego rodzaju. Wioska Cisów jest już na znacznej wysokości, wśród lasów świętokrzyskich. Łysa Góra znajduje się 1920 stóp nad poziomem Morza Bałtyckiego.

Wsie gęste i dobrze zabudowane. Mieszkańcy trudnią się wyrabianiem wyrobów z drewna, takich jak łopaty. Lasy gęste, wiele gatunków drzew, można znaleźć dęby i sosny olbrzymich rozmiarów. W dolinach grunty piaszczyste, warstwa górna cienka, pod nią skała. Dużo pastwisk na których wypasane są owce. Stada rządowe są wielkie, teraz 4 tysiące sztuk.
Na szczycie Łysicy czyli Świętego Krzyża znajduje się opuszczony klasztor Benedyktynów. Podobno dawni Słowianie mieli w tym miejscu bożnicę. Gmach należy do najokazalszych budynków w Polsce. Z zewnątrz wyłożony ciosami piaskowca białego z Kunowa, w części także piaskowcem czerwonym. Główne drzwi wyłożone marmurem, dach obity blachą miedzianą w której turyści zostawiają napisy. W środku siedem ołtarzy z obrazami Smuglewicza. Podziwialiśmy wspaniałe widoki z wieży klasztoru.

Na wierzchołku Świętej Katarzyny znajduje się wiele miejsc pokrytych łomami skalnymi /gołoborza/. Miejscowi nazywają je „Łysicami”. Na skałach rośnie porost krajów północnych – Lichen geograficus. U stóp tej góry był klasztor Benedyktynek, ale spalił się kilka tygodni przed naszym przybyciem, tak że zostały tylko gruzy.

Następnie zwiedziliśmy Bodzentyn z ruinami zamku biskupów krakowskich. Nad rzeką Psarką znajdują się pokłady wapienia czyli rodzaju marmuru i łupku. Wypalają z niego wapno.

Idąc do Wąchocka, we wsi Wzdół, widzieliśmy formację czerwonego piaskowca., zaś w Suchedniowie, nad rzeczką Łączną – wapienia getyngskiego.

Suchedniów jest stolicą naszego drugiego okręgu górniczego – wschodniego. Znajduje się tam fryszerka i warsztaty wyrabiające kosy, lemiesze, sierpy, noże, młotki, patelnie, żelazka, moździerze, siekiery, śruby, szczypce, maszynki do kawy, zamki, kłódki itd.

W Mostkach jest wielki piec, w Parczowie fryszerka i teraz nieczynny kolejny wielki piec. Miasto Wąchock nad rzeką Kamienną, leży w okolicy zalesionej, piaszczystej i pagórkowatej – typowo górniczej. Pomiędzy Wielką Wsią a Mircem i Tychowem, znajduje się ogromna ilość kopalń rud żelaza.

Pod Iłżą, we wsi Seredzice, przechodząc po grobli wpadliśmy w takie błoto, że gdyby nie znaleziony płot, koń nasz pewnie by utonął w tym błocie. Był upalny sierpień. Trudno sobie wyobrazić co się tu musi dziać jesienią czy wiosną! Jakoś nikomu się nie chce zrobić murowanej grobli…

Miasteczko Iłża nad rzeczką i jeziorem sporym o tej samej nazwie, słynie z fabryk fajansu i cegły ogniotrwałej.

Produkcję fajansu zaczyna się od wydobycia specjalnej glinki, która na ogół jest zmieszana z białymi krzemieniami. Glinkę miele się w specjalnym młynie, przesiewa, zalewa wodą i zostawia w specjalnej kadzi. Piasek zostaje na dnie a zawiesinę zlewa się do kolejnej kadzi, gdzie ponownie osadza się piasek. Zawiesinę miesza się następnie z mielonym i przesianym białym krzemieniem i gotuje do zagęstnienia. Powstałą masę albo kształtuje się na kołach garncarskich albo nakłada na gipsowe, wypukłe formy. Po podeschnięciu, następuje wypalanie w piecu glinianym, dobrze rozgrzanym. Po wypaleniu nakłada się warstwę polewy, i ponownie wypala by uzyskać na naczyniach warstwę szkliwa.

Z potłuczonych i zmielonych resztek wyrobów fajansowych wyrabia się cegłę ogniotrwałą.

Z Iłży ruszyliśmy w kierunku Wisły, do Janowca, gdzie zamierzaliśmy przeprawić się w lubelskie. Przeszliśmy przez wsie: Małyń, Jedlonka, Wielka, Borów, Dubiec, Ruda, miasteczko Kazanów nad rzeczką Iłżą czyli Chodźczą, Zwoleń i wieś Czarnolas. Cała okolica o gruntach piaszczystych, z dużą ilością lasów. Koło wsi Borów, w folwarku Ruda właściciel szukając torfu natrafił na pokład szlamu o grubości 3 łokci na obszarze 3 morgów. Szlam ten częściowo wydobyto i nawieziono na pola w stosunku 300 fur na morgę nowopolską. Wysiany jęczmień obrodził niebywale, dając plon 10 razy większy niż zwykle.

W leśnictwie Zwoleń koło Kazanowa sadzi się las. Chroni się leśną zwierzynę, jest tam 40 jeleni i 150 saren. W miasteczku Zwoleń widzieliśmy pomnik Jana Kochanowskiego a w Czarnolasie kawałek muru dawnego domu naszego wielkiego poety. W miejscu słynnej lipy posadzono młode drzewko lipowe i postawiono pomnik.

Miasteczko Janowiec (dawniej Syrokomla), znajduje się na niskim, zachodnim brzegu Wisły, dlatego też jest często zalewane przez powodzie. Na kredowym wzgórzu nad miastem znajdują się ruiny zamku Firlejów i Tarłów. Formacje kredowe znajdują się też na ogromnych przestrzeniach wschodniego brzegu Wisły. Znajduje się tam mnóstwo skamieniałości: muszle ślimaków i „zwierzokrzewy”. Z takich wapieni zbudowane jest miasto Kazimierz.

Kazimierz był kiedyś jedynym portem zbożowym dla całej Polski, teraz znacznie podupadł.

Zwiedziliśmy piękną dolinę Wisły z leżącymi tam wsiami: Bochotnica, Parchatka i Włostowa. Znaleźliśmy tam dziko rosnące: powój motyli zwyczajny (Clematis vitalba – zwykle uważany za roślinę obcą w Polsce, czyli kaprifolię), szczer roczny (Mercurialis annua), Euphorbia peplus, Chrizocoma linoziris, Euprasia lutea, wiśnia wisienka i Cerasus chamace cesarus.

Zdążając do Lublina przeszliśmy przez miasteczka Końskowola i Kurów. Oba porządnie zbudowane. W tym pierwszym, zwróciliśmy uwagę na zadbany kościół oraz przyległy cmentarz.

Wokół Kurowa grunty gliniaste ale niezbyt trudne do uprawy. Lasów niewiele, ale wsie porządnie zbudowane, ludzie zdrowi i weseli. Mężczyźni noszą bure sukmany a na głowach słomiane kapelusze.

W Garbowie, należącym do Pana J., zwiedziliśmy jedyne w Polsce gospodarstwo rybackie. Znacznym nakładem stworzono 15 stawów hodowlanych, które teraz przynoszą rocznego zysku 40 tysięcy złotych. Hoduje się karpie szczupaki i karasie. Woda ze stawów porusza dodatkowo młockarnię i sieczkarnię. Grunt w Garbowie gliniasty, ale żyzny. Stosuje się trójpolówkę. W okolicy górka piasku – co jest rzadkością w tej okolicy. Wysypują go na szosy, płacąc 9 zł na sążeń kubiczny. Zabudowania dworskie niby pałace – wszystko murowane i wielkie. Mają dwa wyhodowane przez siebie ogiery do powozu.

Ogrody piękne, bogate i świetnie urządzone. Widzieliśmy morele, brzoskwinie i figi w wielkich ilościach.

Są też tam inspekty, w których widzieliśmy też wiele rzadkich i zagranicznych roślin. Szosa przechodząca przez wieś obsadzona drzewami owocowymi.

Dla rolników zorganizowano 6-łóżkowy szpital. Aby zapobiec zwykłemu na przednówku niedostatkowi, utrzymuje się spichlerz na zboże. Każdy rolnik przekazuje do spichrza zboże w ilości „miary z czubem”. Odbiera zaś swoje zboże dokładnie wyliczone. Nadmiar z „czubów” pokrywa koszty spichlerza i jest sprzedawany. Pieniądze stąd idące tworzą kapitał, który jest pożyczany podupadłym gospodarstwom na mały procent. Ten sposób zapobiega tworzącej się w niektórych wsiach lichwie. Pożyczkobiorca przedstawia gwarancję oddania długu przez dwóch innych gospodarzy-poręczycieli.

Miasto Lublin jest drugim co do wielkości po Warszawie miastem w Polsce. Najważniejsze gmachy to dawny trybunał, więzienie, koszary i urząd gubernatora przed którym stoi pomnik na pamiątkę połączenia Polski i Litwy. W Lublinie jest świeżo założony ogród miejski, z na razie młodymi krzewami i drzewami.

Z Lublina skierowaliśmy się na Podlaskie, w kierunku Ostrowca przez wsie: Jakubowice, Pliszczyn, Bystrzycę, Zawieprzyce, Rudkę, Kolechowice. Grunty gliniaste, ale żyzne. Koło Pliszczyna glina stworzyła wąwozy i wzgórza, jak w sandomierskiem. Są tam też pokłady stwardniałej kredy. Jest sporo sinego kamienia, zwanego „siniakiem”, który po wypaleniu daje dobre wapno budowlane, tak jak i utwardzona kreda. Kreda zwyczajna, w odróżnieniu od „stwardniałej”, nie nadaje się do pisania.

Z ruin zamkowych w Zawieprzycach cudowny widok na dolinę łączących się Wieprza i Bystrzycy. Podlaskie wsie nie są tak liczne jak na Kujawach, za to są większe. Drogi szerokie, wygodne, w wielu miejscach obsadzone drzewami. W południowej części podlaskiego łąki i pastwiska zajmują wielkie przestrzenie. Grunty rędzinowe i piaszczyste. Ogromne bagna których nie da się osuszyć. Każda wieś ma błotniste pastwiska. Chłopi podlascy są dość zamożni, ale cechują się niezwykłym niedbalstwem, nieżyczliwością, małomównością i ponuractwem. Gruntu mają dostatek, niektórzy mają po 30 morgów ziemi. W chatach prawie nie mają światła, bo okna nadzwyczaj małe, z niewielką, jedną szybką. Dwory zupełnie pooddzielane od wiosek i dostatnio pobudowane. Wszędzie ogrody angielskie i oranżerie.

We wsi Kolano (za miasteczkami Ostrów i Parczew) widzieliśmy jak właścicielka wsi chcąc polepszyć dobrobyt chłopów zorganizowała wycinanie w chłopskich chatach okien.

We wsi Jabłoń tyle żyznych (rędzinowych) pól, że nie ma kto ich obrabiać. Dlatego też łąki są koszone tylko raz do roku, gdyż praca najemnika bardzo dużo kosztuje. Płodozmian 10- polowy. Ziemniaki tak jak w innych okolicach uległy już zarazie. Ze zwierząt mają tam bydło, owce i konie. Te ostatnie hodują też na sprzedaż, bo pastwiska są ogromne, ale konie mają małą wartość, więc ta działalność nie przynosi korzyści. Mimo że pastwiska niezbyt nadają się dla owiec – ze względu na wilgoć, hoduje się ich znaczną ilość. Ze względu na podmokłe pastwiska, powszechna jest choroba owiec i krów zwana „karbunkułem”. Choroba ta przenosi się także na ludzi i jest bardzo niebezpieczna, gdyż po wystąpieniu objawów w postaci „czarnych krost” na rękach lub twarzy, po trzech dniach osoba zarażona umiera.

W dobrach Jabłoń budynki dworskie i wiejskie bardzo porządne. W stodołach gliniane klepiska. Spichlerz na piętrze ze specjalną windą do transportu zboża na górę. Lasy brzozowe, wycinane są po 30 latach. Pastwiska błotniste – tak jak wszędzie w tej okolicy. Właściciel prowadzi wzorcowo rachunki wydatków i „wniosków”. Co miesiąc rachunki kasowe są sprawdzane, tak jak i ilość zwierząt w stajniach i szopach. Kasjer wpisuje wszystko do dziennika kasowego z upoważnienia zarządcy majątku. Chłopi pańszczyźniani, prace wykonują zgodnie ze zleceniem („na wydział”). We żniwa, jeden robotnik jest zobowiązany skosić zboża na 100 prętów. Majątek ten w ostatnich latach bardzo się rozwinął, bo czysty zysk wzrósł trzykrotnie.

W Rozwadówce należącej do pana J., nowo założone gospodarstwo. Na gruncie lekkim 4-polówka, na gruncie średnim – 10-polówka, na najlepszym czarnoziemie pszennym – 7-mio polówka.

Dalej idąc, dotarliśmy do Janowa, idąc przez miasteczka Wisznice, Łomazy, oraz wsie Dubów, Wólkę, Białą i Cicibór. Grunty piaszczyste, dużo lasów i ogromne błotniste pastwiska. Miasteczko Biała nad rzeką Krzną, od strony południowej jest otoczone ogromnymi błotami. Są w miasteczku trzy kościoły, dużo murowanych domów i ruiny zamku Radziwiłłów, ze śladami dawnych okopów.

W Janowie zwiedziliśmy jedyną w Polsce hodowlę koni (rządową). Są tam „ogiery stacjowe”, które są rozsyłane po całym królestwie do stacji zarodowych, w celu poprawy rasy koni krajowych. Są też ogiery pod wierzch i do zaprzęgu. Są też sprowadzone małe koniki „wiatskie” (z Wiatki?), mocne i wytrwałe, używane do krycia klaczy chłopskich. W hodowli janowskiej w Wygodzie, znajduje się osiem ogierów sprowadzonych z Anglii i szesnaście najlepszych ogierów krajowych. Najpiękniejszy jest ogier „Ludlof”, jest jednak tak dziki i wściekły, że nikt się do niego zbliżyć nie może, a jednemu z masztalerzy zgruchotał zębami czaszkę. Konie od młodości są przyzwyczajane do człowieka tak, by na widok obcego nie uciekały. Pokazano nam jak stado dwu i trzylatków nie tylko nie uciekło przed nami ale dało się nawet dotykać rękami. Czegoś takiego nie udało nam się nigdy zobaczyć w stajniach prywatnych właścicieli. Liczba koni w stajniach janowskich liczy ponad 700 sztuk.

Z Janowa ruszyliśmy do Konstantynowa, gdzie zwiedziliśmy miasteczko i przyległe folwarki – wszystko należące do Pana A. Grunty na ogół niezłe, w jednym miejscu natrafiono zaraz pod warstwą górną na pokłady marglu gliniastego. Folwarki dopiero co urządzone, 8-polówka (dwa razy pszenica). Na innych gruntach zaplanowano i już zaczęto 10-cio i 16-polówki. Do siewu koniczyny stosują posiadany ręczny angielski siewnik jednokołowy. Stosuje się gipsowanie pól. Orze się drewnianymi sochami, które są lepsze na gruntach kamienistych niż tak zwane „płużyce”. We dworze fabryki: gorzelnia i browar. Ze zwierząt mają owce, których czystej rasy jest 137 sztuk. Ospę u owiec szczepi się na uszach. Bydło rasy mieszanej, kilka krów czysto tyrolskich. Są też konie zarówno fornalskie jak i stajenne. Jako pokarm dla zwierząt sadzi się buraki, mieszając sieczkę z wywarem buraczanym oraz z ziemniakami. Widać, że na samym sianie i słomie, jak w innych miejscach kraju, rasa krajowa bydła bardzo upadła. Chłopi pańszczyźniani są nagradzani finansowo za najlepiej przez zimę przechowane i odchowane sztuki bydła.

Za Konstantynowem przyspieszyliśmy kroków, bo zbliżał się koniec naszych wakacji. W Siedlcach najęliśmy nawet konie, i szosą przez Kałuszyn, Mińsk dojechaliśmy do Miłosny, skąd w Żeraniu przeprawiliśmy się przez Wisłę. Wieczorem, 25 sierpnia 1847 znów znaleźliśmy się na Marymoncie.

Dokładny cytat z zakończenia:

Oto jest krótki opis 53 dniowej podróży naszej po kraju. Jeżeli brakuje mu dokładnego wykończenia, jeżeli w niektórych miejscach pobłądziłem, i na koniec jeżeli w opisach gospodarstw prawie nigdzie nie określiłem najważniejszej sprężyny: to jest stosunku inwentarza i nawozu do uprawy roślin, stosunku, jaki zachodzi między jednymi roślinami a drugimi; to na wszystko odpowiem, że za mało miałem doświadczenia. Przy tym szybko przechodziliśmy z jednego miejsca do drugiego, bo naszym celem było powziąć ogólne wyobrażenie o całym kraju. Do wielu przyjemności w podróży śmiało policzyć można ową gościnność i szczerość, z jaką obywatele raczyli nas wszędzie przyjmować, okazywać gospodarstwa i zakłady fabryczne, opowiadać swe próby i doświadczenia. Że zaś często trzeba było pościć, bo w karczmach naszych rzadko gdzie się co dostanie, i narazić się na szczególną ciekawość prostych ludzi po wsiach i miastach; to to z czasem, kiedy podróże te więcej się upowszechnią, niezawodnie samo ustanie…

 

Spostrzeżenia, zadziwienia i wnioski znajdzie Czytelnik w kolejnej części…

 

vvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvv

ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ

Zgodnie z sugestiami Czytelników, tym którym podoba się moja „pisanina”, umożliwiłem składanie osobistych podziękowań…

Można podziękować poprzez portal „Patronite”:

https://patronite.pl/blogbruska

Lub przez PayPal:

blogbruska@gmail.com

ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ ʘ

vvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvvv

= = = = = = = = = = = = = = = = = =

Do tłumaczenia tekstów można stosować na przykład:
http://free-website-translation.com/

= = = = = = = = = = = = = = = = = =

♫ – OFF TOPIC – SPIS TREŚCI tematów „OT”
https://kodluch.wordpress.com/2018/03/16/%e2%99%ab-off-topic-spis-tresci-tematow-ot/

https://kodluch.wordpress.com/about/

= = = = = = = = = = = = = = = = = =

11 uwag do wpisu “♫ – OFF TOPIC – Wycieczka po Polsce…

  1. „Muszę się przyznać Czytelnikowi, że zaczynam wierzyć w jakiegoś Boga, Boginię czy Ducha Internetu. Bo coraz częściej na jakieś zwykłe pytanie zadane „Świętej Przeglądarce”, dostaję wrzucone na ekran komputerowy zadziwiające linki…”

    To jest sztuczna inteligencja,działa od dawna

    Polubione przez 1 osoba

  2. Polska była dzikim, rolniczym krajem. Bogate dwory i kurne chaty. A największym problemem, o czym zresztą tu pisano, była komunikacja. A bez rozwiniętych szlaków komunikacyjnych nie ma przemysłu i handlu z prawdziwego zdarzenia. Dopiero w końcu XIX wieku zaczęły powstawać drogi utwardzane (tzw. bite), a jedną drogą w Polsce z nawierzchnią twardą jeszcze przed II WŚ była tzw „betonka”, czyli szosa Warszawa-Białystok (docelowo miało być Wilno). Nie wszędzie da się poprowadzić szlaki wodne, więc komunikacja lądowa jest konieczna. Nie wszędzie też opłaca się budować koleje.

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s